W marcu 2007 ruszyłam w podróż na południe. Doha to nasz nowy dom. Egzotyczny i niezwykły.
RSS
czwartek, 05 czerwca 2014
Już za parę dni, za dni parę

Mała o poinformowała mnie beznamiętnie, że ma egzaminy końcowe. Jakie, kurczę egzaminy? A ze wszystkiego. Znaczy z języka, matmy, science, social studies. Wczoraj dwa i dziś dwa. W mordę-żeż! A dlaczego ja nic o tym nie wiem? Pewnie dlatego, że mała o się nie przejmuje, podobnie jak większość jej dziwacznych kolegów wychowywanych przez dziwaczną szkołę. Pewnie dlatego, że nie ma galowych strojów, zwalniania pozostałej części uczniów i palpitujących rodzicow przed bramą.  Bardzo mi się to podoba, skądinąd. Więc liczyła ile czegoś będzie w użyciu, jeżeli zepchnie się z trzydziestometrowej skały czterdziestokilogramowego Charliego, wypisywała cnoty hinuduistyczne i islamskie filary, i mam nadzieję, że dobrze jej poszło.

 

Poza egzaminami dowodem na rychłe zakończenie roku szkolnego jest fakt, że po koncercie mała o musiała zdać flet (na koncercie flety i klarnety zagrały bardzo pięknie temat z Piratów, o ten:

Tylko nie aż tak cudnie, oczywiście).

Zaraz będą musieli oddać swoje macbooki, ale żal z tego powodu jest niczym w porównaniu ze smutkiem spowodowanym rozstaniem z najukochańszym, uwielbianym, wyjatkowym  nauczycielem social studies. Za to wielką radość spowodowała wiadomość, że nielubiany nauczyciel angielskiego nie przeniesie sie z nimi do klasy siódmej, tylko nadal będzie uczyć smarkatych szóstoklasistów.

Mała o dostała juz przydział dziecka, i oprowadziła po gimnazjum pełną szacunku panienkę z podstawówki.  Wykazała się wyławianem cegieł z basenu ( w tym semestrze trenowali techniki ratownicze). Zdobyła swoje trzy korony, a przez ostatnie tygodnie niemal codzień zaraz po przyjściu ze szkoły sprawdzała, czy aby któryś nauczyciel nie podesłał im jakiegoś weekend challenge, Monaday challenge czy Tuesday challenge - czyli dobrowolnych zadań, za które można było zarobić dodatkowe punkty dla swojego szkolnego domu czy dla siebie osobiście.

 Więc do wakacji już aby moment.

 

 

środa, 04 czerwca 2014
A to ci torcik

Po pierwsze, wszystkiego dobrego dla wszystkich z okazji 25 lat wolności! To była jazda, no niech ja skonam. Od momentu, kiedy polewając sobie nogi klejem honorowo zawieszałam ostatnie słynne plakaty z Gary Cooperem upłynęło sporo wody, bardzo wiele się wydarzyło. Ale wolność - ta pozostała z nami, i oby na zawsze.

 

Ale niekoniecznie zachowa swoją wolność pewien cukiernik, który stworzył dzieło poniższe. Jak na razie poleciał z roboty.

fotka za Gulf News

Winą cukiernika było nie tylko wyprodukowanie tego tortu (tak, to jest tort) ale przede wszystkim - trzaśnięcie fotki. A siódme prawo Archimedesa mówi, że fotka trzaśnięta i wypuszczona z ręk multyplikuje się samoistnie i trafia w całkiem niepowołane kręgi.

Dzieło powstało w Arabii Saudyjskiej. Przyjrzyjcie się szczegółom, i zgadnijcie w czym problem i czemu biedny cukiernik poleciał na bruk.

***************************************************************************

**********************************************************

********************************************

*************************

********

*

No? Już?

To takie proste, Watsonie.

1. Ciężarówką kieruje kobieta.

2. Kobiety siedzą z tyłu. W ogóle w aucie są same kobiety!

3. Drugi samochód to pojazd wesołych chłopców z Komisji Promocji Cnoty i Zwalczania Występku. Nawet logo na aucie mają.

Już teraz rozumiecie?

Media społecznościowe orzekły, że fotka jest 'naigrywaniem się z szacownych członków Komisji'.

Właściciel cukierni natychmiast wyraził żal, i zapewnił, że cukiernik działał samodzielnie. I samowolnie. Został już zwolniony.  - My zaś - zakończył właściciel - pozostajemy w całkowitym oddaniu naszej religii i całkowicie odrzucamy nawet najmniejsze próby poniżenia Komisji oraz jej członków, dla których mamy najwyższy szacunek.

 

I kiedy tak sobie czytałam o tym torcie i cukierniku, wyraźnie poczułam, że mam naprawdę bardzo poważny powód do świętowania tamtego 4 czerwca sprzed 25 lat.

11:51, olena.s
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 02 czerwca 2014
Kiciuś?

Na jedym z lokalnych portali wpadło mi w oko ogłoszenie o sprzedaży kotów.

A uściślając - serwali. O, tych:

 

 Ale co tam serwale, skoro mała o przysięga, że jej kumpel z klasy ma tygrysa...

Tu w ogóle jest sporo hodowanych w domach dzikich kotów. Rzadko o tym słychać - chyba że pantoflowa pocztą nadchodzi spanikowana wiadomość, że jakiś akurat dał dyla - ale można sobie popatrzeć na jutubie

22:43, olena.s
Link Komentarze (2) »
sobota, 31 maja 2014
Mangrowce

W Katarze odbyło się wielkie sprzątanie mangrowców.

 Nie uczestniczyłam. Nie tylko dlatego, że ochotników zgłosiło się tylu, że lista została szybciutko zamknięta, ale glównie dlatego, że snucie się w pełnym słońcu przy 40C przekaracza moje sentymenty ekologiczne. Jeżeli będą powtarzać w listopadzie, to się dołączę.

Mangrowce to jedne z nielicznych roślin, które bujnie rosną na tej naszej słonej, pustynnej wsi.

Nadają się świetnie do rozbicia obozu i wycieczki kajakowej. Zobaczcie, jak to wygląda: tu - obozowanie na wyspie. Nie moje, uczciwie uprzedzam.

11:09, olena.s
Link Komentarze (2) »
środa, 28 maja 2014
Kaaba, policjant, but, afera

Arabia Saudyjska, Mekka.

Opublikowano zdjęcie, na którym policjant pilnujący porządku przy muzumańskim najświętszym miejscu, Kaabie, niefrasobliwie opiera but o Czarny Kamień. O zgrozo! 

Fotka za Gulf News

Społeczność lokalna doznała wstrząsu.

Pewnie wiecie, że buty, zwłaszcza zaś ich podeszwy są nieczyste. Muzułmanin rozzuwa się przed wejściem do meczetu, siedząc pilnuje, żeby nie wymierzać w nikogo podeszwy stopy, co poniektórzy nawet nie postawią butów na podłodze do góry nogami aby podeszwy nie mierzyły bezczelnie w niebo - a tu podeszwa kala przedmiot czci! To mniej więcej ten poziom, jakby u nas ktoś zawiesił brudne skarpetki na częstochwskiej Madonnie. 

Tłit rozgrzał się do czerwoności. Zarządzone przez gubernatora Mekki śledztwo trwa.

09:38, olena.s
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 maja 2014
Ktoś leci do Kataru?

Jak ktoś leci, to wyląduje w zupełnie innym miejscu, niz gdyby lądował wczoraj.

Lądując nie zobaczy z bliska panoramy miasta.

Nie wyjdzie po schodkach samolotu, i nie uderzy go na płycie zabójczy, wilgotny upał. Nie wsiądzie do niskopodłogowca i nie będzie się w nim trząsł przez kwadrans. Nie stanie, klnąc i omdlewając na zmianę, w długaśnym ogonie wijącym się do okienek imigracyjnych. A jezeli złapie taksówkę do miasta, to zapłaci więcej.

A wszystkiego tego nie zrobi, bo właśnie dziś, o dziewiątej rano, zamknięto stare lotnisko i otwarto dla podróżnych nowiutkie, lśniące i wielkie Hamad International.

Tak było dotychczas: coraz ciaśniej, mniej wygodnie i dłużej.

Fotka za Doha News

Kiedyś stałam w kolejce wjazdowej przez godzinę i 15 minut! Spocona, wykończona parunstoma godzinami w podróży, spragniona jak żaba na pustyni.... Co wam będę zresztą jęczeć: lotnisko było zakorkowane do imentu, ku udręczeniu wszystkich podróżnych.

Budowano więc nowe. Już podobno było blisko szczęśliwego końca, już-już mieli je otwierać - i odbiór ciągle się opóźniał. O ile pamiętam, mieli je uruchomić ponad 4 lata temu! Dłużej stawiano chyba tylko obecny warszawski błękitny wieżowiec....

Ostatecznie jednak zabrzmiały werble i dziś o dziewiątej stare lotnisko przenisło się do krainy Wielkich Łowów.

Nowe lotnisko jak na Zatokę przystało jest wielkie, imponujące i mam nadzieję luźne. I piękne chyba też jest...

Fotka za The Economist  

Nowe lotnisko  zaoferuje pasażerom 12 razy większą przestrzeń i będzie w stanie obsłużyć tłumy podróżników. Dość powiedzieć, że w ciągu roku do Doha przyjechać mogliby wszyscy mieszkańcy Polski, a połowa - dodatkowoo wyjechać. Lotnisko zaprojektowane zostało bowiem na 55 milionów pasażerów, ponad dwa razy więcej, niż nasze Okęcie. Więcej informacji znajdziecie tutaj.

 

 

A jeżeli jesteście podstarzałymi romantykami i miłośnikami egzotyki, to szepnę wam cichutko, że pięćdziesiąt z górą lat temu początki były skromne - oto lotnisko w Doha dawno, dawno temu...

13:22, olena.s
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 maja 2014
Katarskie pocałunki

Zleniłam się, i wykorzystam cudzą pracę. Pracę grupy sympatycznych lokalnych chłopaków, usiłujących odwrócić powszechnie panujący pogląd, że lokalni mają przyjezdych w jakimś niesympatycznym miejscu. Chłopcy twierdzą, że jest to efekt masy przyjezdnych (stosunek jak 4:1, tak, tak), i nie da się wrócić do dawnych czasów, kiedy to ponoć lokalni pojawiali się na lotnisku, żeby częstować przyjezdnych herbatą. No, to było z 50lat temu, a samoloty lądowały wtedy pewnie raz na tydzień.

Czy chłopcy mają rację, czy też tylko się pocieszają - no, mniejsza o to. Bo tak czy śmak ich cykl wydaje mi się trafiony, dowcipny i ciekawy. Dowiedziałam się z niego kilku ciekawych rzeczy. Na przykład

1)  jak całują się Katarczycy. Oczywiście tylko mężczyźni. I oczywiście publicznie. Dwa całusy dla obcych, trzy - dla znajomych.

 

2) że nie należy do nich dzwonić wieczorem - uściślając już od 17-18!

 

3) i czywiście co nieco o stroju.

10:59, olena.s
Link Komentarze (2) »
środa, 21 maja 2014
Jak o szkole, to o szkole.

Co robią polscy rodzice przed egzaminami?

Płacą za korepetycje. 

Co robią rodzice katarscy?

Domagają się solidnego skrócenia zajęć.

Tak, tak, właśnie zażądli, aby skrocić lekcje - normalnie odbywające się między 7 a 13 - o godzinkę-półtora.

- Uczniowie nie mogą skupić się po południu i powinni wcześniej iść do domu - powiedział jeden z rodziców dziennikowi Al Raya - Krótsze lekcje poprawią koncentrację i wzmogą ich chęć do nauki.

- Cztery godziny lekcji są efektywniejsze niż osiem - dodał drugi. - Uczniowie zmuszani do przesiadywania w szkole po prostu ją znienawidzą. 

Wspominałam już, że na światowej liście rankingów bazowanych na międzynarodowych testach katarscy uczniowie są coś czwarci? Od końca?

Zdjęcie z kolekcji 'początek roku szkolnego na świecie'.

10:43, olena.s
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 maja 2014
Trzy korony i koniec roku

Mała o zapowiedziała, żeby dziś nie dawać jej drugiego śniadania. Nie weźmie z domu jedzenia, a zamiast tego będzie uczestniczyć w pizza party. Albowiem zdobyła właśnie drugą złotą koronę, a za to osiągnięcie pizza należy się, jak psu zupa. Od szkoły, oczywiście.

tzw. commons - korytarzo-sala szóstoklasistów.

Korony szóstoklasiści dostają w trzech dziedzinach. Z angielskiego, za przeczytanie co najmniej miliona słów pod postacią literatury. Z geografii, za przejście iluś tam kwizów, w rodzaju stolica Beninu czy państwa świata. I wreszcie z matematyki, za zrobienie kilkuset nadprogramowych zadań z przyszłorocznego programu.

Nie ma przy tym ani wyznaczonych terminów, ani maksymalnej liczby podejść. Zgodnie z założeniami szkoły, wierzącej, że dalej w życiu zachodzą nie ci, którzy błyskiem łapią, ale ci, którzy systematycznie pracują.

{Nawiasem mówiąc, szkoła ma na tym tle takiego fisia, że od paru miesięcy poza stopniami dostajemy od każdego nauczyciela tzw. raport nt. nawyków pracy. Składają się nań oceny za zaangażowanie (aktywnie słucha innych, zadaje odpowiednie pytania, dzieli się pomysłami i opiniami, odpowiada na pytania w sposób przemyślany), wysiłek (stara się wykonać trudniejsze zadania, dąży do poprawy, używa wyobraźni, komunikuje się jasno, precyzyjnie i dokładnie). Dalej leci odpowiedzialność (oddaje prace domowe w terminie,  efektywnie wykorzystuje czas, właściwie korzysta z technologii, jest zorganizowany i gotów do nauki, podejmuje odpowiedzialne ryzyko) i wreszcie  szacunek (podporządkowuje się regułom zachowania, z sacunkiem odnosi się do wszystkich, powściąga impulsywne zachowania). Na końcu mamy empatię  (konstruktywna współpraca z kolegami, branie pod uwagę opinii innych osób, pozytywna reakcja na innych członków grupy).}

Mała o czai się jeszcze na trzecią, matematyczną koronę. Ciekawe, czy zdąży przed końcem maja. Trzy korony to maksimum jakie szóstoklasista może uzyskać.

Zastanawiam się, czy to dobre dla dzieci podejście? Czy mala o, z wywieszonym jęzorem finiszująca w maju, powinna mieć takie same trzy korony, jak koleżanka Linda, która ku ogólnemu podziwowi zakończyła zmagania  jeszcze w grudniu? Czy kolega John, który przeleciał jak burza przez państwa świata za pierwszym podejściem do testu, nie powinien dostać czegoś więcej, niż kolega Johan, który podchodził mozolnie pięć razy za każdym razem myląc Liberię z Libertyville? Może to jest niewychowawcze?

A moze tak właśnie jest dobrze - w końcu te trzy korony nie są w żaden materialny sposób 'ważne'. Nie zwiększają życiowych szans, nie otwierają ani jednych drzwi. Uczą wytrwałości w dążeniu do celu i stawania na nogi po niepowodzeniu, nie pozostawiając jednocześnie smugi 'po co się starać, i tak są lepsi, których nie przeskoczę'.

Tablica na korytarzu. Szkoła zaznacza na niej urodziny, przypadające w kolejnym miesiącu.

Co tu dużo gadać - kończy się szósta klasa, a ja nadal lubię tę szkołę. Zadziwiające.

środa, 14 maja 2014
Już zaraz, już niedługo

Jest gorąco, niebo jest szare, w powietrzu wisi pył. Obrzydliwość. 

Także mała o straciła na entuzjazmie. O tej porze roku nawet fakt, że szkoła funkcjonuje zgodnie z zasadą, że opanowanie przez ucznia ortografii oraz stawiania znaków przestankowych czy umiejętności rozpoznania i napisania zdania podwójnie złożonego jest mniej ważne od wykształcenia nawyku uczciwego i otwartego mówienia, umiejętności słuchania, przyzwyczajenia do czytania wielu rodzajów książek, magazynów i gazet oraz pisania tego, w co się wierzy, co myśli i co czuje niewiele pomaga. 

Fakt, z radością tworzyła prezentację wideo o średniowiecznych islamskich architektach (nawet brodę sobie wymalowała udając jednego z nich) i projekt o płytach tektonicznych. I z zachwytem wybierała przedmioty dowolne na przyszły rok (ostatecznie precz z fletem, niech żyje robotyka, wiwat sztuka życia, aktorstwo i bodaj przemówienia publiczne czy służba ludzkości  - ciekawe, na co ją przyjmą, bo w VII klasie są tylko dwa dowolne przedmioty), ale wzdycha już do wakacji, jezior, truskawek i swobody. I do braku kontaktu z nauczycielem angielskiego, w którym wyjątkowo nie gustuje. Szczęśliwie, w przyszłym roku będzie inny nauczyciel - trzymam kciuki, żeby był bardziej kompatybilny.

Za to straci nauczyciela od historii i społeczeństwa, czego pewnie nie odżałuje do matury, bo uwielbiają go wszyscy gromadnie i namiętnie.  Ale tak to wygląda w systemie,  w którym nauczyciele uczą tylko na poziomie jednej klasy. W sumie chyba niezły system - jest szansa,że mała o polubi pisanie, a kto wie, może nadal będzie kochać historię i matematykę? 

Ale na razie mamy Jak ja już tęsknię za zielenią! Do bólu zazdroszę pierwszej zieleni, szparagów i chłodnego wiatru we włosach.