W marcu 2007 ruszyłam w podróż na południe. Doha to nasz nowy dom. Egzotyczny i niezwykły.
RSS
wtorek, 06 listopada 2007
Jesień

Druga jesień - szósta pora roku
złoto płacze przy spadaniu z drzewa
smutek jest jak diabeł
ma swoje stąd dotąd
wszystko jak należy w wymierzonym czasie

nie wyj z żalu głuptasie (ks. Twardowski)

Tu nikt z żalu nie wyje, a raczej nikt nie wyje z powodu jesiennych chandr. Jaka to też jesień zresztą.... Wzdłuż Corniche, zwanego przeze mnie czule Korniszonem, własnie prowadzą nasadzenia kwiatów. Palmy jak zwykle, szare oliwkową zielenią, przykurzone. Szalone kwitnące krzewy buchaja ostrą żółcią i gniewnym pąsem.

 I coraz chłodniej, tak, wreszcie. R i mała o wciąż otwierają klimę, ale to chyba z przyzwyczajenia, bo wychodząc wieczorem narzucam coś na ramiona.

Wracając do natury.

Nie ma bardziej absurdalnej sprzeczności w  doznaniach niż ta, kiedy jedzie się wzdłuż tej przykurzonej palmowej zieleni  i nagle uderzy człowieka zapach świeżo skoszonej trawy.

Ta trawa nie pasuje do jesieni. Oj nie.

21:42, olena.s
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 listopada 2007
Pierwszy listopada

Słońce, ponad 30 stopni.

A gdzieś tam są suche liście, prawie nagie drzewa, znicze przed bramą i chryzantemy w doniczkach, zapach dymu i tui nad cmentarzem. Gdzieś tam są rękawiczki, chuchanie w zmarznięte palce, tłumy z wieńcami, zamawianie mszy. Gdzieś tam są dobre dusze przynoszące kwiaty na grób rodziców, są ciche modlitwy i cały ten przedziwny polski most między żywymi i umarłymi, między rozdzierająca serce pamięcią a niedzielnym rosołem.

Gdzieś tam jest myśl o nagrobku, którego wciąż nie wystawiliśmy i strasznych momentach ostatecznych rozstań. Gdzieś jest wspomnienie o dniu w którym pochowałam ojca i tym, jakże okrutnie szybkim, kiedy oddawałam ziemi prochy matki.

Nieprawda. Żadne gdzieś tam. Ta myśl jest ze mną, i zawsze będzie ze mną wraz z obezwładniającą, choć po czasie przyszłą wiedzą o wszystkim co się wtedy tuż obok mnie działo. Towarzyszy jej myśl o lojalności, uczciwości. Wiąże się z tym takie oto wspomnienie o rodzicach.

Nie żyli zgodnie. Wiele było między nimi dawnych uraz, niezabliźniających się zawodów, wzajemnych pretensji. Ale była też nieustępliwa lojalność wiedząca, co jest ważne, a co jest tylko prochem i pyłem.

I kiedyś tej ostatniej ich zimy, kiedy mama poszła do ciut dalszego sklepu, a ledwo już biedna, kochana, chodziła, i nie wracał dość szybko, tata, też już na ostatnich nogach, wziął pod pachę składany stołeczek i podreptał w lodowaty wieczór za nią, żeby wracając mogła sobie na nim przysiąść i odpocząć. A mama, wściekająca się na tatę z powodu jego nawyku kupowania przynajmniej trzech dzienników prócz miliona tygodników, o mało nie gwizdnęła mnie w łeb, kiedy zapytałam, czy mam zapłacić za bardzo kosztowne japońskie leki w jego ostatniej chorobie.  

Mój kochany brat na ich pogrzebach powiedział o nich wiele pięknych prawd. O tacie, który był zawsze gotów bronić słabszych i krzywdzonych, który nie poddawał się w obliczu klęski. O mamie, takiej naiwnie, młodzieńczo prawej. Jakże byli dzielni.

Ach, najukochańsi, jak strasznie, strasznie mi was wciąż brak!. Tego, że nawet chorzy i starzy zawsze otwarlibyście mi ramiona i zawsze stalibyście za mną. Jak tęsknię za wami, za pamięcią o tym, jak dobrze było wpaść do obdrapanego mieszkania, gdzie zawsze w lodówce czekały na mnie jakieś lubiane przez mnie rzeczy, gdzie na małą O czekały ulubione miśki (tatusiu, ona wciąż to pamięta, wiesz?) i gdzie była miłość, gotowa nawet z krytyką i prostestem zaakceptować mnie, ułomną, zawsze, o każdej porze, w każdych okolicznościach.

Przyznam się wam, że czasem przy użyciu google earth jadę znowu do was. Jakims dziwnym trafem z pomocą satelity łatwiej mi jechać w przeszłość, niż gdybym pokonywała tę trasę naprawdę. Jadę więc Czerniakowską, Wisłostradą wiaduktem trasy toruńskiej (nie patrzę wtedy w prawo, w stronę Wisły i Brudna, tato), potem Marymoncka lub Żeromskiego. A potem podjeżdżam pod nasz dom, jeszcze nieotynkowny na obrzydliwie jaskrawe kolory, dzwonię moim specjalnym kodem, otwieram drzwi i jestem u was. Idę po tej okropnej wykładzinie zdobytej przez mamę cudem w Peweksie, patrzę na wieszak - szczyt mody lat 70-tych, widzę swoje młodsze i weselsze odbicie w lustrze, pozostałym po rozbiciu lustra z babcinej posagowej szafy i już jesteście. Oboje. Moi. Mama cierpliwie obierająca grejpfruty kiedy miałam cukrzycę ciążową, tata, który zawsze mógł spokojnie wysłuchać wszystkiego I NIE DAWAĆ NIEPROSZONYCH RAD, nasze, mamo śmiechy i nocne wesołkowanie sprzed lat, i spory nasze i kłótnie o politykę i o życie.

Tak wiele wam zawdzięczam. Tyle dobrego od was dostałam. I nawet jeżeli niektóre moje przekonania czy zachowania można ochrzcić obraźliwym "wykształciuch",  mam to w nosie.  Dostałam je od was, od ludzi umiejących zdobyć się na zwykłą, bohaterską przyzwoitość. Od tradycji starej inteligencji, mamo. Od umiejętności rozróżnienia dobra od zła, nawet jeżeli za to się płaci, tato. Za wierność zasadom. Tym, którzy nie dostali takiego spadku współczuję. Jest bardzo cenny. Mam nadzieję, że zawsze będę umiała go nieść na przekór wszystkiemu i wszystkim. Jeżeli nie - wybaczcie, kochani.

Ech, po co to krygowanie się, wiem, że byście i tak wybaczyli. Dziekuję.

 

06:45, olena.s
Link Komentarze (2) »
środa, 31 października 2007
Waga

R z dziką satysfakcją stwierdził dziś, że udało mu się zjechać z wagą o osiem kilo. A to dlatego, że od miesięcy pasę go chudymi acz zawierającymi białko sałatkami, pieczoną w folii rybą i dostarczam (kosztem kuchennego wysiłku o 6.15 rano, to nie jest dla mnie byle co) strawy lunchowej o zawartości kalorii nie przekrczającej 150.

A schudnąć tu jest trudno (mnie prosze nie brac za przykład, ja po prostu przestałam jeść z bardzo, ale to bardzo niemiłych przyczyn), bo człowiek właściwie wcale się nie porusza. Oczywiście można powiedziec, że usamochodowiony europejczyk i u siebie w domu spala większość kalorii wciskając pedał gazu, ale to jednak jest całkiem insza inszość. Człowiek u nas trochę przemieszcza się na własnych nogach. A to po sklepach połazi, a to z dzieckiem się przespaceruje, a to pod miasto pojedzie i szarpnie go do jakichś chwastów, a to ruszy przez nocne centrum spacerkiem po klubach. Tymczasem tu jest strasznie mało okazji do przypadkowego ruchu.

Całe miasto nastawione jest wyłącznie na kierowców. Dość powiedziec, że ulica, przy której stoi Lulu Supermarket - jeden ze sporych tutejszych sklepów mocno hinduskiej proweniencji - przedzielona jest płotem i pozbawiona jakichkolwiek możliwości przejścia na odległości dobrze powyżej kilometra. Więc co człowiek robi - jeździ. Albo wariuje. Kiedy przyjechałam, z dzieckiem i bez samochodu, myslałam że oszaleję, zamknięta w domu okolonym wysokim murem, przy uliczce po której nikt nie chodzi. No, udusić się można było. Że zaś dla lokalnych taksówek nie jest niczym nadzwyczajnym nie przyjechać wcale, lub przyjechac pół godziny wczesniej, albo dwie godziny później niz umówiona pora, duchota wewnetrzna narasta szybko. W porywie szaleństwa wywlokłam niewinne dziecko na zakupy piechotą. Raptem dwadzieścia-trzydzieści minut wędrówki, ale i tak o mało nie spowodowałyśmy kilku wypadków, takie dziwo stanowiłyśmy dla przejeżdżających aut.

Chudnięciu tuteszemu sprzyja za to fakt braku cudnego, jedynego, prawdziwego chleba. Owszem można kupić bagietki (takie ą ę eko bio organiczne kosztują około 12 pln za sztukę, trzeba zawiadomić Greenpeace że ich reklama ostrzegająca o globalnym ocieplniu sie ziściła), ale prawdziwego, ciężekiego chleba zwyczajnie nie ma wcale. Podobnie jak wieprzowiny (czego zreszta osobiście nie żałuje nadmiernie), żurku, ogórków kwaszonych, kopru - skoro już przy ogórkach jesteśmy, naprawdę świeżych pomidorów, uczciwych wędlin...

08:51, olena.s
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2007
To już nie są żarty

Wczoraj omal nie doszło do tragedii na budowie R.

A było tak: zbuntowała się załoga hinduskich robotników. Prowodyrami było kilku zwalnianych właśnie ich rodaków. I bunt - zamiast w znane nam z naszej historii kierunki Ghandi-Wałęsa-sitin - poszedł w klimaty typu wyjąca tłuszcza na taborze, domagająca się głowy Lacha, Tuhaj-bej i Chmielnicki wadzący się przy stole i ranny Skrzetuski będący opornym przedmiotem targów. Tyle że domagano się nie głowy Lacha, ale hinduskiego majstra. Krew się i owszem lała, ale ofiar w ludziach nie było, Hindus został ukryty, a R mimo znalezienia sie w środku walczącego tłumu wyszedł bez szwanku. Ostatecznie wieczorem udało się zwieźć zbuntowanych do kampu, a wyczerpani biali też mogli pociągnąć do domów.

Jednego tylko nie pojmuję. Czemu zarządzający budową nie tylko nie pojechali na policję, ale w ogóle jej nie zawiadomili!?!

Być może bali się, że zacznie się prawdziwa wojna z Hindusami (wieść gminna niesie, że przed kilkunastoma miesiącami nieopłaceni czy niedopłaceni hinduscy robotnicy skutecznie puścili z dymem [znowu Sienkiewicz] dwa budynki, w konflikt wejdą Syngalezi i w efekcie budowa stanie im na dobre. Ale jednak. Tu jest państwo mocno kontrolujące, pracownicy mają status niewolny, kłopot z prawem może zaskutkować drakońskimi karami lub deportacją bez odwołania, bez apelacji i bez litości. Dlaczego nie zawiadomiono policji? Policja musi tu przyjechać do każdej drobnej stłuczki, inaczej warsztat nie wyklepie blachy. Policja jest na co drugim rondzie. Na policji trzeba stawić się przy rejestracji samochodu. A tu taka awantura i nic?

(Dopisek po czasie: R przekazał mi historię opowiedzianą przez doświadczeńszego na Bliskim Wschodzie współbudowlańca: do podobnego buntu doszło w sąsiedniej Arabii.  Wezwana policja spokojnie zastrzelila 4 buntujacych się. Pozostali po ucieczce przez pustynię zostali schwytani i wsadzeni do więzienia. Współbudowlaniec opisał też więzienie - siedział w nim 4 dni. Po wyjściu ogolił sie całkowicie, a to ogolone żywo poruszało się po podłodze. Nie wyszedłby tak szybko, gdyby nie to, że pewnemu księciu zepsuła się klima, ale to już inna historia).

10:04, olena.s
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 października 2007
Wizy

Zdobycie katarskch wiz nie jest łatwe.

Po pierwsze podejrzane są wszelkie niezamężne kobiety poniżej 30. Przed igrzyskami azjatyckimi ponoć ambasada katarska powiedziała wprost pewnej niewinnej studentce, że prostytutek w Doha to oni sobie nie życzą. Ponoć, cytuję tu za internetową wypowiedzią wściekłego wuja obrażonej panny, a rozsierdzony był okropnie. I nawet się mu nie dziwię.

Zaś pewnemu znajomemu, który chciał podjąć gościną 20-paro letnią siostrzenicę, odmówiono wizy mówiąc, że gdyby jeszcze przyjechała z matką, to dałoby się pewnie sprawę załatwić. Naprawde, nieciekawy wyłania się z tych historyjek obraz kobiet w oczach katarskiego systemu wizowego.

Ale wrócmy do wiz. Wizy turystyczne mozna zalatwiać wyłącznie poprzez pośredników - hotele. Kiedyś robiły to dla swoich pasażerów lokalne linie lotnicze, ale od kilku miesięcy tylko przerzucają ludzi do pięciogwiazdkowych (i stugwiazdkowych pod względem cen) hoteli. Które miło mówią: tak, oczywiście, załatwiamy wizę, ale tylko dla naszych gości. Znaczy, płacących za pokój przez cały czas pobytu gości. Płacących jak za zboże przez cały czas pobytu, mimo że będa mieszkać gdzie indziej i nie generować kosztów gości.

Sprytne, prawda?

07:31, olena.s
Link Dodaj komentarz »
Pierwszy nie-upał

Bo chłód to jeszcze niestety nie jest.

Ale wczoraj rano jechałam do pracy bez klimy, przy otwartych oknach! Czułam leciuteńki chłodek wiatru na skórze. To było dobre.  I takie niezwykłe po tych miesiącach, kiedy człowiek dochodził do całkiem nieerotycznego wrzenia pokonując dystans samochód - 20 m - drzwi sklepu. A kiedy wyszłam boso podlac ogródek, poczułam że marmur przestał wreszcie grzać, a cegły - parzyć.

Ponieważ domy są tu właściwie nieizolowane, zimą bywa za to bardzo nieprzyjemnie. Przewidująco zakupilismy więc dwa grzejniki - kiedy R przyjechał tu w styczniu, wszekie takie urządzenia były rozdrapane od dawna i prowadził zabójcze eksperymenty z wykorzystaniem żelazka i rozlanej na podłodze wody.

Okropna była ta kradzież komputera. W obliczu tych strat aż się dziwię, że nic nowego (na razie, na razie, mówi złośliwy los uśmiechając się znacząco i wrednie okrutnumi wąskimi wargami) i parszywego się nie dzieje. No, poza moim rozpadającym się telefonem. Ale wkrótce przeżyczliwy rodak przywiezie mi z Polski nowy, kupiony jeszcze we wrześniu, a przynajmniej ani ja ani R nie zgubliśmy telefonów z kopiami wszystkich kontaktów, starymi smsami itd. Więc chociaż to szczęśliwie ocalało z pogromu.

07:12, olena.s
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2007
O ludzie, świat się kończy

W Doha, bezpiecznej Doha gdzie NIC się nie dzieje włamano mi się nam do domu! I rąbnięto komputer, dobrego Acera, który tyle ze mną przeszedł....

Przepadło mi mnóstwo rzeczy. Maile do i od nieżyjących rodziców, miliony starych sentymentalnych listów, adresy, telefony, zdjęcia.....No koszmar istny. Podobno wiele z tego zbekapował R, ale to było jakiś czas temu, więc sporo pewnie przepadło. Przepadła też jakakolwiek szansa, by mała O zgodziła się pozostać choć przez minutę sama na dole (lub na górze - słowem na przeciwnym poziomie niż ja czy R).

Rozrywek  było przy tym pod dostatkiem. Powiadomiona o kradzieży policja, zamiast zlekceważyć taki - obiektywnie - drobiazg, jak dwuletni notebook, pojawiła sie w całym swym wąsatym i umundurowanym majestacie już po dwóch godzinach. Dokonała oględzin, sugerując mnóstwo idiotyzmów (że złodziej przeszedł do nas po murze - dwu i półmetrowym - zamiast wedrzeć sie przez otwartą na oścież bramę (silnik coś szwankuje). Że był narodowości filipińskiej (dlaczego filipińskiej? Dlaczego nie hinduskiej, albo nepalskiej, albo, do cholery, dlaczego nie miał to być znudzony arabski nastolatek?????). I tak dalej.

Następnego dnia - kiedy ja w pocie czoła pracowałam w komisji wyborczej - w domu odbyło się posypywanie czego popadanie proszkiem do odcisków palców. Tak więc najlepsze mnie ominęło. W efekcie do domu zawitał elegancki compaq, którego jeszcze nie osiodłałam, bo chodzi na viście, i w ciagu kolejnych dni co i raz ktoś miał jakąś część ciała wysmarowaną czarnym proszkiem.

Również następnego dnia R zapomniał usunąć paszportu z kieszeni spodni i paszport został przepięknie wyprany w 90 stopniach C. Przetrwał to w stanie kiepskim, a co najgorsze - wiza pobytowa została dokumentnie wypłukana. Dziś więc wykończona po włamaniu, komisji i innych rozrywkach uganiałam się jeszcze za zorganizowaniem paszportu dla R.

Powiadamiani o włamaniu lokalni znajomi nie wierzą, że tak straszliwe i brutalne przestępstwo mogło wydarzyć się w Katarze. Bo przecież zostawia się tu portfel w samochodzie, a samochód - na chodzie, żeby się nie nagrzał zanadto. Bo domy nie są zamykane na klucz.  Bo kary są drakońskie. I tak dalej, i tak dalej.

W tym właśnie miejscu byłyśmy w czasie włamania. Zdjęcie z listopada, ale nastrój grozy mi pasuje.

 

 

21:40, olena.s
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 października 2007
Kawałek przaśnej Europy

Wieczór spędziliśmy w Garveys, czyli u Garveya. Wieczór miły i dobry.

Garveys to śmieszne miejsce. Półtajny (żadnych neonów na zewnątrz) klub, trochę pub, trochę diabli wiedzą co. Jeść dają dużo i smacznie, alkochol jest relatywnie tani. Basen, salka gimnastyczna, placyk dla dzieci. Nazywa się toto "Europejski Klub dla Rodzin". Teoretycznie tylko dla członków. I sami biali. Przepraszam, kolorowi pracują w barze. Ale wśród gości prawie ich nie ma. Zdumiewające jak na Katar.

Z jednej strony - okropność. Rasizm jest głupi i jest wstrętny. O człowieku nie stanowi kolor skóry ani to, kto był jego dziadkiem. Howgh, aksjomat, oczywistość. Z drugiej - jednak wygoda. Mozna przez chwilę pobyć u siebie (no, na tyle na ile "u siebie" może oznaczać brytyjski pub dla klas pracujących). Ale można się spokojnie napić, można objąć przedstawiciela płci zdecydownie przeciwnej. Można nie spinać się na różnice kulturowe, o które nawet otwarty i przyjazny światu człowiek potyka się tu o krok. A różnice są potężne. Już wyjaśniam na pouczającym, damsko męskim przykładzie.

 Mam tu znajomą muzułmankę, która ma kłopoty małżeńskie. Jej mąż zajmuje się mianowicie w wolnych chwilach cyberseksem. Z Tajkami. Znajomą to boli - zrozumiałe. Wścieka się na męża - oczywiste. Zastanawia się na rozwodem - podstawowe. Gryzie, że wysyła do Tajlandii ciężko zapracowane dolary, których bardzo potrzebują na wykształcenie gromadki dorastających dzieci - no pewnie. Łamie z myślami, co będzie kiedy o poczynaniach tatki dowie się progenitura - banalne. I co mówi mężowi?  No? Kto zgadnie? Że skoro ona mu nie wystarcza to..... uwaga......uwaga......uwaga........może by sobie wziął drugą żonę. No.

Mówię" kochana, ale przecież jakby miał drugą żonę, to dla ciebie miałby jeszcze mniej czasu, uczuć i pieniędzy. Po czorta ci takie rozwiązanie?"

A ona na to "tak, ale to mu ostatecznie wolno, takie prawo dał mu Bóg. Ale on nie weźmie drugiej żony. Nie lubi odpowiedzialności". Czyli nielegalna kochanka - nie. Legalna żona - ok.

Z drugimi żonami jest też ciekawie.Gdzieś wyczytałam, że więcej niż jedną żonę ma tu zaledwie parę procent mężczyzn. Oczywiście drugi dom jest drogi (każda żona ma prawo do równych udziałów w czasie, afektach i portfelu męża), ale to nie tylko to. Znajomy Arab zinterpretował to tak: - Prorok powiedział, że można wziąć drugą żonę tylko kiedy będzie się je traktowało równo. A to jest niemożliwe. Więc tak naprawdę prorok powiedział, że nie można mieć drugiej żony.

Hmmm. Takie eufemizmy u proroka? Chciał uprzejmie i delikatnie odmówić? W każdym razie - wracając do stolika nad basenem - miło było zjeść europejskie jedzenie i nie musieć potem zmywać. I pogadać sobie o planach na przyszłość też było miło. I zobaczyć, jak mała o nawija po angielsku z coraz większą płynnością.

22:32, olena.s
Link Komentarze (2) »
środa, 17 października 2007
Ptaki i urodziny

Mała O na wczorajsze urodziny taty narysowała dwustronne dzieło. Na jednej - mapa poszukiwaczy skarbów, cała nasza trójka na statku i smok. Na drugiej - nasz zamek, gra w piłkę z tatą (tata miał tam ręce jak łopaty do przegarniania śmiegu) i zła wróżka. Hmmm. A biedny zarobiony tata wrócił kiedy umęczona twórczością artystka już spała.

Z dobrych wieści jesiennych: do Doha wrócił śpiew ptaków. Upał ustępuje (dziś było wprost przyjemnie na zewnątrz). Nie wiem, czy mają teraz okres godowy, czy tylko im też jest lżej, ale śpiewają, że mało człowiekowi serce nie wyskoczy.

Tagi: dziecko
20:04, olena.s
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 października 2007
Batalia o szkołę

Do Doha przyjeżdżają takie ilości obcokrajowców, że prywatne szkolnictwo staje się chyba jednym z najlepszych źródeł zarobkowania. Dzieci wpisywane sa na listy oczekujących. 30, 40 pozycja. Kiedy jest szansa na wepchnięcie potomka do przyzwoitej szkoły? Inszallah, czyli jak Bóg zechce. Rodzice popadają w obłęd, nie dziwiłabym się, gdyby padali na kolana przed dyrektorami. A dyrektorzy jak głaz: każda szkoła może przebierać, te najlepsze mają listy preferencyjne (składające się z dzieci z pożądanymi paszportami, dzieci rodziców zatrudnionych w odpowiednich firmach etc.)

Toteż mała O jest teraz w paskudnej przejściówce. Przejściówka, czyli szkoła zaplanowana właśnie dla dzieci pomiędzy starą szkołą i nową z pewnością przynosi właścicielom godziwy zarobek, ale czy przynosi dzieciom korzyść - śmiem wątpić. Zbyt często O opowiada tym, jaką to produkcję Disneya miała okazję obejrzeć w czasie tych raptem czterech godzin szkolnych, żebym miała natchnąć się jakąś specjalną wiarą w pobieraną przez nią edukację. I niestety, niestety, nie udało nam się na razie ze szkołą amerykańską.

Zaczynamy więc wielką batalię szkolną. Dziś siedliśmy do wypełniania ankiet do kolejnych szkół: dwie brytyjskie, jedna katarska, powtórna ankieta do amerykańskiej, w perspektywie jeszcze jedna pseudoangielska. Mamy do skserowania milion dokumentów, do zrobienia milion telefonów, itd. Ale gra jest warta świeczki: mamy przed sobą jeszcze nie mniej niż półtora roku (Inszallah, oczywiście, Inszallah), albo i więcej. Ten czas dla człowieczka w wieku O jest wystarczający do poznania wewnętrznej konstrukcji angielskiego. O ile, oczywiście, będzie w dobrej szkole. Na razie więc wypełniamy ankiety, Tata wymyśla zadania z matematyki i uprawia dzikie skoki z dzieckiem, Mama usiłuje niepostrzeżenie przechodzić na angielski, czytuje bajki i uskutecznia pogawędki wychowawcze. Trzymam więc kciuki także za swoje powodzenie.

Tagi: szkoła
22:47, olena.s
Link Dodaj komentarz »