|
czwartek, 17 maja 2012
Sądy
Na pewno obiły wam się o uszy narzekania na polskie sądownictwo. Na przewlekłość spraw, na za małe inwestycje, za niskie płace, brak komputeryzacji, zagubione akta. Katar, zdaje się obecnie bezwzględnie najbogatszy kraj świata, też jednak ma na co narzekać, acz przyczyną ich problemów nie jest brak funduszy na protokolantów i toner do drukarek.
Jak pisze prasa, w Katarze sądy zawalone są procesami ciągnącymi się przez lata, a nawet dekady. Wloką się więc sprawy spadkowe - gazeta wspomina o problemie bogacza - zmarły ojciec miał majątek nie tylko w Katarze ale także w Emiratach i Bahrajnie, o wartości, bagatelka, 7 miliardów riali (coś pod dwa mld dolarów). Miał jednak także poza dziećmi również 3 zony oraz 22 braci i sióstr, którzy składają sprzeczne wnioski i prowadzą wojny podjazdowe, co skutecznie uniemożliwia osiągnięcie finalnego podziału forsy. O, a tu, proszę, narzeka kobieta, która od sześciu lat prowadzi sądową batalię o to, by jej rozwiedziony mąż przejął wreszcie opiekę nad czwórką ich dzieci, który to krok pozwoliłby jej na powtórne małżeństwo. (O takiej sprawie w Polsce, przyznam, nie słyszałam). Problemem są też sprawy rozwodowe: nie tylko opóźniają je same sądy w nadziei na rekoncyliację małżonków, ale tryby wymiaru sprawiedliwości hamują również jeszcze-nie-eks-mężowie, którzy posuwają się do przekazywania sądowi sfałszowanych dokumentów świadczących o wielkim majątku żon, dzięki czemu opóźniają lub unikają płacenia gigantycznych (przymiotnik gazety, nie mój) alimentów ani odszkodowań. Niektórzy panowie oskarżają wręcz żony o kradzież gotówki i kosztowności, dzięki czemu - informuje prasa - mąż może doprowadzić do odrzucenia wniosku rozwodowego, a przynajmniej znacząco przedłużyć postępowanie. 'Większość ofiar przeciągających się spraw to kobiety' - konkluduje dziennik.
środa, 16 maja 2012
W Emiratach
Kilka lokalnych dam dostało szału w związku z coraz liczniejszymi, ich zdaniem, rzeszami pań z Europy i innych regionów świata, noszącymi w miejscach publicznych kompletnie nieodpowiednie stroje: szorty, mini, sarongi, prześwitujące bluzki, koszulki na ramiączkach. Panie rozpoczęły twitterową kampanię, a media wparły ich działania artykułami. I tak oto Emiratczycy skarżą się na szokujące stroje, wyrażają obawy o wpływ tychże na ich zasady kulturowe i życie rodzinne. Niejaka Asma opisała Gulf News kuse przyodziewki noszone przez klientki centrów handlowych. - Te stroje często przyciągają obleśne (lecherous) spojrzenia. To żenujące i zawstydzające (shameful) zwłaszcza dla rodzin z dziećmi. Najbardziej spodobała mi się wypowiedź szefa Centrum Zrozumienia Kulturowego (i-hi hi hi) który wyznał, że dla swoich dzieci troskliwie wybiera odpowiednie do wieku filmy, niemniej nie jest w stanie kontrolować bodźców, na które są wystawione po drodze do kina w centrum handlowym. - Mam nadzieję, że przyjezdni zdają sobie sprawę z faktu, że w naszym kraju promuje się tolerancję i szacunek. Kobiety powinny ubierać się stosownie i skromnie - powiedział. Na koniec przyjemna ilustracja (zaczerpnięta stąd), pokazująca zderzenie kultur w dziedzinie strojów. I wiecie, co jest w niej najzabawniejsze? Obie panie prawidłowo wnioskują.
wtorek, 15 maja 2012
Król wywalił doradcę
Król konkretnie Saudii, zaś wywalony doradca dał się ostatnio poznać jako wyrazisty krytyk idei jakiegokolwiek nieprzystojnego mieszania płci. Doradca ów, noszący dźwięczne nazwisko AL Obaikan, wypowiedział się był ostatnio w audycji radiowej na temat obrzydliwości w sądach. Obrzydliwość owa polegała na bezwstydnych interakcjach męsko - damskich w sądach (rozumiem, że chodziło mu o to, że np. baba zeznaje przed sądem w otoczeniu mężczyzn). Jego zdaniem jest to wina sędziów, zmierzających do westernizacji społeczeństwa. - Kobiety cierpią z tego powodu - stwierdził doradca, domagając się segregacji płci w przybytkach Temidy. - Pewni wpływowi ludzie maja plany zdegenerowania muzułmańskiego społeczeństwa poprzez dążenie do zmiany naturalnego statusu kobiet. Stwierdził też, że niektórzy sędziowie chcą zastąpić prawo szariackie prawem świeckim. Moim zdaniem koleś słusznie poleciał.
sobota, 12 maja 2012
Co zrobić, żeby czytały???
Wpis klasycznie szkolny, osoby bezdzietne i niezainteresowane edukacją mogą sobie darować - uprzedzam uczciwie, że tematyka ich znudzi. Sio!
Szkoła małej o ma fioła książkowego. A raczej robi mostki i salta aby dzieci nie tylko czytały, ale przede wszystkim - polubiły tę czynność. O uczeniu czytania i lekcjach powiem tylko tyle, że nie ma w szkole lektur obowiązkowych - przynajmniej do końca 4 klasy. Dzieci nie mają bowiem męczyć klasyki, nawet znakomitej i zaaprobowanej przez najwyższe autorytety moralne, literackie i federalne, ale zamienić się w zapalonych czytelników. I teraz o praktyce: 1. W klasie są podręczne biblioteczki. W pierwszakach będą to w dużej mierze obrazki z podpisami (acz i dla bardziej zaawansowanych coś się znajdzie, pamiętam jak mi szczęka opadła, kiedy mala o czytała coś takiego kompletnie przedszkolnego, a jej koleżanka - Matyldę Dahla). Moje dziecko codziennie przynosiło ze szkoły książeczkę z zaleceniem przeczytania. W młodszych klasach dziecko ma czytać co najmniej 10 minut dziennie, od drugiej czy trzeciej klasy - 20. Rodzic potwierdza, że dziecko czytało, ale nie jest ono odpytywane, rozliczane, nikt nie czepia się, że czyta powiedzmy szesnasty raz o kaczorze Donaldzie, że wybiera komiks, a nie Plastusia czy bajki Ezopa. 2. Odbywają się regularne lekcje biblioteczne. Ich celem, o ile mała o oświeciła mnie wystarczająco, jest nauczenie dzieci odnajdywania i wyboru książek, które by im się dobrze czytały lub też były im przydatne w lekcjach. Biblioteka uczy więc rozróżniania gatunków, pokazuje jak czytać literaturę non-fiction (biografie, życie Goryla Koko i jego kota, zagrożone gatunki zwierząt, co to jest Polska, bogowie starożytnej Grecji, jak zdrowo jeść, praca baletnic - taka jest tematyka coś ze 20 procent księgozbioru). Ale najważniejsza nauka płynąca z lekcji bibliotecznych to odnalezienie takiej książki, która zaciekawi, ale nie jest ani za trudna, ani za łatwa dla czytelnika (złota reguła: pięć niezrozumiałych terminów na stronie oznacza, że książka jest za trudna). Wybór jest duży: do wzięcia są komiksy, prościuteńkie 20 zdaniowe książki z obrazkami, nagrania książek. Biblioteka otwiera się na pół godziny przed lekcjami, a zamyka pół albo i godzinę po lekcjach. Pomagają rodzice wolontariusze, półki porządkują też 'elfy' czyli uczniowie. Napływ nowych książek jest ogłaszany i biblioteka wystawia nowości w eksponowanym miejscu. 3. W porozumieniu z wielkim wydawnictwem literatury dla dzieci (Scholastic) raz do roku odbywa się kiermasz książek. Ceny są niezłe, sprzedaż prowadzą rodzice - wolontariusze. Sądzę, tak na oko szacując, że dla naszych podstawówkowych uczniów sprowadza się około 1000 egzemplarzy. 4. W porozumieniu z tym samym wydawnictwem zachęca się dzieci do samodzielnych zakupów książek poprzez klub czytelniczy. Zysk: dziecko płaci za książkę, ale transport do Zatoki finansuje wydawnictwo. 5. Organizuje się również kiermasz książek używanych. Tegoroczny opisałam tu. Dzięki temu dzieci mogą kupić książki dosłownie za grosze, lub wymienić swoje stare pozycje na nowe. 6. Dzień w klasie zaczyna się od kilkuminutowej lektury. Każde dziecko wyciąga książkę - z klasowej półki czy własnej teczki - i czyta kilka, kilkanaście minut. W pierwszych klasach codziennie dzieciom czytano na głos albo w klasie, albo w bibliotece. I opowiadano o książkach, przedstawiano je z pasją, fascynacją, entuzjazmem. Codziennie! 7. Na szafkach dzieci znajdują się ksera okładki ulubionej książki. 8. Na ścianach nierzadko wiszą recenzje tychże, wraz ze zdjęciem autora wraz z zalecaną pozycją. To samo dotyczy nauczycieli - ukochany pedagog uwieczniony z Kotem w Kapeluszu czy inną Pippi Langstrumpf. Zdarzało mi się widzieć zdjęcia dzieci z książkami w innych niż wykładowy językach, choć szkoła jest skrajnie anglocentryczna, dzieciom nie wolno jest nawet na przerwie rozmawiać w innych językach. 9. Biblioteka organizuje systematycznie konkursy na zakładki do książek - najlepsze projekty są powielane i dawane do użytku dzieciom wypożyczającym dłuższe książki. 10. Zobowiązanie. Dziecko, które zobowiąże się do przeczytania bodaj 5 książek w czasie wakacji, a następnie zezna, że je przeczytało (chyba potrzebny jest też podpis rodzica) dostaje w nagrodę książkę. Nie jest odpytywane/testowane na okoliczność zapamiętanych szczegółów. W ogóle w całej tej czytelniczej procedurze brak jest sprawdzania, wymagania dowodów, testowania. Czytanie ma być frajdą. 11. BOB czyli battle of books: konkurs czytelniczy dla 9-10 latków na bazie listy coś 8-12 wybranych pozycji. Dzieci je czytają, układają dość proste pytania do tekstów, następnie odbywają się pojedynki między zespołami. Rywalizują 2 roczniki. Nagroda - pizza party, a może po lodzie dla każdego. Nagroda jest zbiorowa, dla klasy. 12. Brak konkurencji na ilość: jestem przekonana, że mała o wypożycza strasznie dużo książek, ale nie mam prawa dowiedzieć się, jak lokuje się na tle klasy czy rocznika. 13. Noc z książką - dla klas młodszych szykuje się nocleg w sali gimnastycznej. Wieczorem głośna lektura, film, czytanie na dobranoc. Szczeniaki w śpiworach na materacach. 14. Rzuć wszystko i czytaj - taka akcja trwa przez tydzień. Co pewien czas rozlega się gong, a wtedy bachory odkładają tabliczkę mnożenia, pędzel, piłkę, wyciągają książki i zatapiają się na 10 minut w lekturze. 15. Przynajmniej raz w roku odbywa się spotkanie z autorem. 16. Dzień przebierania się za bohaterów książek. (w ogóle dni przebierankowych jest w szkole sporo - dzień piżamowy, dzień szalonych włosów, tydzień stroju narodowego itd). 17. Zapytałam małej o, jaka zachęta do książek była najskuteczniejsza. Powiedziała, że opowiadanie o nich. Zapytałam, jaki procent dzieci z jej rocznika lubi czytać. Uważa, że około 3/4. Cudzoziemcy nadal niezbędni
W Katarze nie minie potrzeba na zatrudnianie cudzoziemców, i to nie tylko na stanowiskach mejd, kierowców, sprzątaczy czy robotników budowlanych - donosi prasa, opierając się na informacjach tutejszego GUS, czyli Katarskich Władz Statystycznych. Stwierdziły one właśnie z przykrością, że młodzi obywatele nie są wystarczająco skłonni do podejmowania studiów wyższych - chęć taką przejawia 28% mężczyzn i 58% kobiet, a to zdaniem statystyków znacznie za mało, by zrealizować wizje rozwoju kraju i jego kataryzacji - czyli zastąpienia zagranicznych pracowników krajowymi.
Wśród przyczyn tego stanu rzeczy - informują statystycy - jest wysoka dostępność świetnie płatnych posad dla absolwentów szkoły średniej (w wojsku, na przykład), a także koedukacyjne uczelnie (???? dlaczego odwodzi to od studiów facetów, a nie dziewczyny??? ma ktoś pomysł, bo ja nie?) sytuacja finansowa i wreszcie konieczność posługiwania się językiem angielskim na uczelni. W tej ostatniej kwestii władze zresztą zaordynowały ostatnio wprowadzenie od 3 klasy podstawówki wprowadzanie "naukowego" angielskiego, czyli słownictwa z zakresu nauk ścisłych. Generalnie jednak o ile Katarczycy nie są masowo inteligentniejsi niż średnia światowa (a nic na to nie wskazuje), nie porzucą obyczaju zatrudniania służby domowej, nie zmienią negatywnego nastawienia do prac niemendażerskich, i nie rozwiną chęci autentycznego konkurowania i autentycznej pracy - kataryzacja może przynieść im tylko ograniczone profity. I nadal będą stanowili mikrą mniejszość we własnym kraju - dziś jest ich coś między 1/5 a 1/4.
piątek, 11 maja 2012
Szkoły arabskie
W badanym rejonie Emiratów okazało się, że: 11 procent uczniów ciskało kamykami w nauczycieli. (pelted them with stones) Niemal 11 procent ich uderzyło. 7 procent na nich pluło. Informacji tej udzieliła emiracka gazeta przy okazji rozważań o przemocy w szkole, którą to debatę wywołała atak 4 klasistów (8-9 latków) na uczennicę. Zaatakowali ją grupowo i rzetelnie, z powodu drobnej sprawy, a skopana i zdzielona w głowę szklaną butelką 11 latka wylądowała z urazami mózgu w szpitalu i przez 2 tygodnie była trzymana w śpiączce. O przemocy w szkołach arabskich jako takich nie wiem zbyt wiele. W zasadzie nie znam rodzin posyłających dzieci do typowych szkół arabskich. Owszem, ktoś jest w Qatar Academy, ale to szkoła z topu, z bardzo mieszanymi uczniami. Ktoś był w Al Jazeera Academy, także aspirującej do roli międzynarodowej. Znam dzieci ze szkół arabo-angielskich. Ze szkoły libańskiej. Ale o typowo arabskich wiem tyle, ile napisze prasa, czy ile wywnioskuję z zachowania uczniów w arabskich mundurkach - to wszystko. Wiem więc, że zdarzają się w nich kary cielesne, choć w zasadzie są one zakazane. Jak często dzieci w szkołach są lane nie wiem - choć po kłuciu ołówkiem ucznia przez nauczycielkę zrobiła się awantura, o tyle ogólnie tolerancja dla bicia dzieci jest tu zdaje się całkiem inna niż u nas. Co prawda nie widziałam na oczy by ktoś kogoś publicznie klapsował (ok, widziałam jedną matkę w abaji ogarniętą szałem, jak stojąc na światłach za pomocą kapcia wymierzała sprawiedliwość trójce dzieci kłębiącej się na tylnym siedzeniu auta), o tyle rozmaite miękkie sygnały wskazywałyby, że bicie bynajmniej rzadkością nie jest. I tak w Emiratach badania wykazały, że w szkołach lanych przez nauczycieli było 45% chłopców i co czwarta dziewczyna. Autorka badań dodała do tego, że zdaniem chłopców bicie w szkole to normalka, i jak to normalka - była akceptowana: część chłopców stwierdzała, że szkolne kije "robią z chłopca mężczyznę". W Katarze natomiast prasa cytowała nauczycieli, którzy choć - oczywiście - sami dzieci nie biją, to niechętnie godzą się z tezą, że "być może niektórzy nauczyciele stosują łagodną karę fizyczną. "Niektórzy przynoszą na lekcję trzcinkę aby skupić uwagę uczniów stukając nią w ławkę" (nauczycielka ze szkoły egipskiej), czy że nie ma nic nagannego w "prostych technikach przywracania dyscypliny jak lekkie bicie z uśmiechem, tak, by nie spowodować bólu ani lęku" (nauczycielka prywatnej szkoły arabskiej). W Szarży zaś ostatnio zrobiła się awantura, bo nauczycielka ukarała ośmiolatka zmuszając go do położenia się na podłodze a następnie stając na nim. W innej emirackiej szkole nauczyciel podobno tłukł głową siedmiolatka o ścianę, bo ten bawił się na lekcji. O ile więc przypadki skrajne mogą trafić się wszędzie, i w Polsce, i w Katarze, i w dowolnym innymi punkcie globu, o tyle sądzę, że ogólna tolerancja dla agresywnego zachowania może być tu jednak wyższa. A może tylko się pocieszam, że u nas jest lepiej?
środa, 09 maja 2012
Damski bokser w Arabii
Jak myślicie, na jaką karę skazał sąd w Arabii Saudyjskiej jegomościa, który pobił żonę? (Od razu tu dodam, że z gazetowego opisu można raczej oceniać konflikt jako jednorazowy, aczkolwiek z tutejszymi gazetami naprawdę diabli wiedzą). Ale do konkretów. No? Ktoś zgłasza jakieś pomysły? Nikt? Dobra, w takim razie od razu wam powiem. Facet został skazany na przeczytanie dwóch książek wyjaśniających jak zgodnie z islamem powinno funkcjonować małżeństwo. Jak przeczyta, będzie musiał napisać test, który wykaże, co sobie przyswoił. Ponadto winny ma również wkuć 30 części (chyba chodzi o Sury, ale znów - czort znajet) Koranu, oraz 100 wypowiedzi Mahometa. Wreszcie ma wypłacić żonie coś koło 6000 pln i ma ją od tej pory szanować. Pointy nie będzie, bo w szoku pointy mi się ciężko wymyśla.
niedziela, 06 maja 2012
SPECJALNY KOMUNIKAT!
Mała o dostała tak dobre wyniki w testach MAP, że w przyszłym roku będzie się biedzić na specjalnych lekcjach dla zaawansowanych matematycznie. Chyba zaraz pęknę! Lecimy na lody! Juppppiiiiiiiiiiiiiiii! Biwak
Jezusiemarjojózefieświęty! Gorąco było okrutnie. Graty ciężkie. Buty mokre. Ziemia twarda. Żarcie podłe. Woda ciepła. Ale i tak było super. Najpierw trzeba było - 46C!!!! - dotrzeć do miejsca biwaku. Blisko, kilometr, a może i mniej, ale po upale i bez plecaka. Leźliśmy więc sobie ubitym pustynny duktem, kiedy nagle natrafiliśmy na wartki strumień. Nie był on oczywiście słodki - takich cudów w Katarze nie ma - niemniej wartki i kamienisty. Należało przezeń przebrnąć z gratami, przy czym mimo wyszabrowania u sąsiadów butów na wodę, oczywiście nie włożyłam ich na wierzch, więc lazłam w adidasach. Podobnie jak reszta.
Wtedy pomoczyłam sobie portki po kolana. Uznałam, że butów nie ma co zmieniać, jakoś dojdę. Była to słuszna decyzja: po kilkudziesięciu metrach był kolejny strumień. Nieco głębszy. Wreszcie - jest miejsce na biwak. Płaskie, twarde jak cholera.
I pora na wędrówkę: najpierw znaleźliśmy kwiatek. Nie wiem, czy dopatrzycie się podłoża, wyjaśniam więc, że to małe, białe, to muszelki - to, proszę państwa, dawne morskie dno, tak, tak.
A potem ruszyliśmy po wodzie wśród mangrowców. Jakby ktoś nie wiedział, to są takie wyjątkowe drzewka, które świetnie radzą sobie w słonej wodzie.
Na poczekaniu wymyśliłam historyjkę o krabie - ludojadzie, który chwyta dzieci i wysysa im z głów całą wiedzę matematyczną (dziś małe piszą testy).
To małe, czarne, patykowate na dole fotki to korzenie mangrowców - w zbitym podłożu jest za mało tlenu, więc te cwaniaki wysuwają korzenie do góry, nad wodę, i mile, głęboko oddychają. Macie tu rzadkie mangrowe, bo tam, gdzie trzeba było sie przedzierać, zdjęć juz nie robiłam. A spodnie pomoczyłam już niemal po tyłek. Każdy krok po mulastym podłożu powodował mlaskające chlupoty. Nigdy, nigdy w życiu, od czasu kiedy w wieku trzech lat nie wlazłam w pełnej odzieży w gliniankę, nie byłam tak potwornie ubłocona jak po tej wędrówce. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że noc była już zbyt upalna, i pociłam się nawet w samej bieliźnie i bez śpiwora. Za to mała o zyskała wiele cudnych wrażeń: - piekła na ognisku nie tylko te paskudne pianki (marshmellow) ale i znalezione w morzu małże (clams), które zbierałyśmy po ciemku z latarką. Uczestniczyła w pokazie skeczów. Wzięła udział w wielkiej zbiorowej ekstazie spowodowanej informacją, że w krzakach kryje sie pustynny lisek, a następnie dwuosobowej, z mamunią, obławie na tegoż, oraz rozczarowaniu, bo lis okazał się dzikim kotem domowym. Obudziła się w nocy, spotkała inną siusiającą koleżankę, wdrapała się na skałę i oglądała pierwszy wschód słońca. ( - Dlaczegoś mnie też nie obudziła - marudziłam po fakcie. -Bo jak cię drugi raz obudziłam, toś powiedziała, że jeszcze raz, i mnie zabijesz - wyjaśniło spokojnie dziecko.) A rano szybciuteńko zwinęliśmy obóz, bo prognoza mówiła o 48C na 9 rano, więc sami rozumiecie. A najlepsza ze wszystkiego, cichcem wam wyznam, była potem długa, długa kąpiel w słodkiej, czystej, chłodnej wodzie. W wannie, oczywiście. P.S. Komary faktycznie były i mnie pochlastały. Ale kudy jeim do polskich kuzynów! Dziabnął, zaswędziało i po krzyku - po dwóch godzinach ni śladu nie było!
piątek, 04 maja 2012
Jedziemy na wycieczkę
Mała o jak na razie nie przystąpiła do drużyny skautów w szkole, ale z dużą zawziętością uczestniczyła w pozaszkolnym czymś, co ja nazywam surwajwalem, a szkoła - outdoor adventure. Raz na tydzień dzieciaki w towarzystwie swojego nauczyciela bloku przedmiotów przyrodniczych i ścisłych uczyły się różności w rodzaju opatrywania złamań przy braku pomocy medycznej, albo też zbierania rosy na pustyni czy chronienia się przed skorpionami. Ostatnio skonstruowały nawet pustynne piecyki, ogrzewane wyłącznie słońcem, o temperaturze nakręcanej przez ciemną folie u podstawy a srebrną po bokach. W piecykach, jak zapewniał nauczyciel, uda się nawet upiec ciasteczka (po kiego grzyba ktoś na pustyni miałby piec ciasteczka - nie mam pojęcia, i wręcz dreszcz zgrozy wstrząsa mną na myśl o umysłowości takiej pokręconej osoby).
Od paru tygodni mala o żyła nadzieją na szkolny kamping. Nic to, że nocleg na pustyni jej nieobcy, a nocleg pod namiotem - tym bardziej. Z jakiegoś powodu chce pojechać z koleżankami/kolegami na te wycieczkę, w czym oczywiście muszę jej towarzyszyć jako że jest do mnie jednocześnie przyssana na maksa. Więc, a niech to szlag, jedziemy. Musiałam pożyczyć namiot, kupić, nie uwierzycie, spreja na komary (nocować mamy wśród mangrowców, gdzie te bydlaki podobno się znajdują) wychachmęcić od sąsiadów buty do brodzenia po wodzie (kamienie, kraby oraz tzw. sting-fish, które potrafią okropnie dziabnąć kolcem). Musze to wszystko spakować a następnie, o matko kochana, przewlec na własnych plecach przez wodę na odległość 1 km od zaparkowanego wozu przy temperaturze - jeśli wierzyć mojemu autku - 47C. Przy czym z braku plecaka odpowiedniej wielkości, będę to wlec w idiotycznej torbie na ramię, niczym handlarz ze świętej pamięci stadionu dziesięciolecia. Na co nie mam naj-naj-najmniejszej ochoty. |
Zakładki:
Bliski Wschód po polsku
Europa ale jaka!
Z dalekich stron
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||